Pedantyzm vs Ekologia

Kiedy jako dziecko wzdrygałam się na myśl o wizycie u "tych" znajomych rodziców, których łazienka wyglądała jak wylęgarnia mutantów, w kuchni stół odkopywać trzeba było łopatą, a w pokojach dzieci ciężko było znaleźć miejsce, żeby nie wdepnąć w brudną skarpetkę, albo nie otrzeć się o resztki błota/jedzenia/nie-wiadomo-czego na wszelakich płaszczyznach pionowych, to uważano mnie za niewychowaną gówniarę.

Jakieś dwadzieścia lat później wzdryga mnie nadal regularnie i wątpię, że kwestia ma cokolwiek wspólnego z wychowaniem, a wyrosnąć z tego też nie zdołałam, więc przyszło mi pogodzić się z losem niewychowanej pedantki. Ku mojemu zdziwieniu z sytuacją pogodził się nawet Pan P dzielnie znosząc ataki szału nad okruszkami na blacie po kolacji, które następnego dnia rano potrafią dodać mi niezłego powera, kolejnymi nie-odłożonymi-na-miejsce rzeczami, niespłukaną wanną, nieumytą butelką po mleku itd. (W tym miejscu apel do wszystkich rysowników-grafików internetowych tworzących grafiki pt "I'm sorry for what I said when.."- ja poproszę taką "I'm sorry for what I said when there was a MESS."). Nawet w sumie jak staram się tłumić irytację, to widok takich małych, kolejnych pierdółek, które któryś już dzień leżą nie na swoim miejscu, jest jak skaczący nerw, skaczący nerw NA MÓZGU, który nie odpuszcza, czy śpię, czy nie, czy stoję, czy siedzę, on skacze i nie daje o sobie zapomnieć. Tutaj sytuacja się komplikuje, bo od kiedy Helena zrobiła się mobilna potrafi w ciągu dziesięciu sekund przemienić pokój w pole bitwy, gdzie wszystko leży NA ŚRODKU wszystkiego i nic nie jest tam, gdzie trzeba. Naturalnie Helenie wolno, biegam więc za nią całymi dniami i czuję się jak ten Syzyf na skale, co schowa misia, to wyjeżdża ciuchcia, co złoży ubrania do szuflady, to z tej obok wyskakują wszystkie kocyki. W efekcie, czasu mam co raz mniej i nie raz zastanawiałam się, ile życia tracę na ustawianie kosmetyków etykietami do przodu, albo czy gdybym zainstalowała sobie endomondo, to czy załapałabym się na domowy półmaraton.

Przeskakując tak z myśli na myśl, z pudełka z zabawkami na inne pudełko z zabawkami, olśniło mnie... czy jeżeli się tak lata non-stop ze szmatką, płynem do szyb, płynem do kuchni, do łazienki, do telewizora, do laptopa i każdej jednej puszki pandory, czy i ile tej diabelskiej chemii płynie w nasze rury? Ile nie-koniecznie biodegradowalnych nawilżanych chusteczek wyrzuca się dziennie? Czy idzie to jakoś obejść? Czy w erze promocji "zielonego życia", albo chociaż moich marzeń na taką promocję, czy oprócz ekologicznego jedzenia i trybu życia, nie powinno się starać dbać również o domy w podobny sposób? No i najważniejsze, czy matka-pedantka znajdzie na to czas i siły? Tak oto ja, matka wariatka, walcząca z wiatrakami, niewychowana gówniara dwadzieścia lat później, biorę to wyzwanie na klatę. To be continued..

Comments